
„Berthe Morisot au bouquet de violettes”. Edouard Manet. 1872.
Właściwie tego bukiecika fiołków nie widać. Może właśnie tytuł sprawia, że szukasz go wzrokiem. I w końcu, znajdujesz. Tkwi, jakby niedbale ukrytą fioletową plamą , u nasady bardzo mało kapryśnego dekoltu przeuroczej brunetki całej w czerni.
Znali się już wtedy od kilku lat. Ona, panna z dobrego domu, samej śmietanki potężnej paryskiej burżuazji, on malarz kokietujący wyrafinowaną innością, z tegoż środowiska. Matka Berthe przyjmowała jeden dzień w tygodniu, jak to robiło wiele matron z grande bourgeoisie, tyle że Madame Morisot przyjmowała artystów. Pochodziła z rodziny wielkiego malarza epoki rokoko, Jean-Honoré Fragonard. Trzej bracia Manet odpowiadali statusem i profilem.
Berthe i jej dwie siostry wysyłano na lekcje malowania, co było normalną i powszechnie uznaną częścią domowej edukacji panienek. O formalnym kształceniu artystycznym, nawet gdyby rodzina poszła na taki rodzaj ekstrawagancji, nie było mowy do roku 1897, kiedy Akademia Sztuk Pięknych w Paryżu zaczęła przyjmować kobiety studentki (i tak wcześniej niż gdzieindziej).
Berthe, Edma i Yves przykładnie chodziły do Luwru (zawsze w towarzystwie matki, która zajmowała się jakąś „robótką”), i pilnie kopiowały dzieła wielkich klasyków, ale Berthe i Edma, dwie młodsze, wymknęły się trochę spod kontroli. W Luwrze było nudno! Zachciało im się czegoś innego. I to coś było w zasięgu trzymających pędzel smukłych, kobiecych dłoni. Edma wyszła jednak za mąż, wyjechała na prowincję, urodziła dziecko i praktycznie przestała malować. A szkoda, bo obie siostry (jednocześnie najlepsze przyjaciółki!), miały ogromny talent. Talent, który oddały nowemu nurtowi, zwanemu za moment impresjonizmem.
Berthe została sama. Delikatnego zdrowia, wrażliwa, zamknięta w sobie, choć dojrzewała artystycznie w kręgu największych impresjonistów. Ci artyści pochodzili w wielu wypadkach z dobrze sytuowanej burżuazji i nie byli rewolucjonistami. Nie musieli zdobywać artystycznych barykad drogą wielkich poświęceń. Tworzyli z zapałem na przekór nudnemu, opatrzonemu, zakutemu w kanony akademizmowi. Tworzyli obrazy z życia. Edouard Manet zszokował w 1863 roku paryską publiczność swoim „Śniadaniem na trawie”, potem „Olimpią”. Łagodnie te nowości nie przechodziły, jak wszystko co wymyka się utartym regułom. Degas, Pissarro, Renoir Cézanne, Sisley oddawali w swoich obrazach moment, chwilę codzienne sytuacje. Kreślili je techniką, do której publiczność nie była przyzwyczajona. Zarzucano im brak precyzji i wykończenia.
Dwudziestotrzyletnia Berthe zadebiutowała w 1864 roku, w Salon de Paris, oficjalnej wystawie Académie des Beaux Arts dwoma pejzażami. W środowisku impresjonistów była na początku jedyną uznaną malarką, a potem jedną z trzech „grandes dames”, obok Marie Bracquemond i Mary Cassatt. Fakt, że była młodą, niezamężną kobietą ograniczał ją, a jednocześnie dawał pewną swobodę. Tworzyła sceny domowe, oddawane ze swojego, kobiecego punktu widzenia, Jest w nich czułość, obserwacja szczegółu, przekaz niemożliwy emocjonalnie w obrazach jej kolegów. To wielkie malarstwo drobnej, szczuplutkiej, ciągle niedomagającej zdrowotnie, ale upartej, konsekwentnej w swoich dążeniach kobiety, która stworzyła swój styl i w nim zamieszkała. Ubierała się głównie w biel i czerń. Spod sukni zawsze wystawał delikatny, pastelowy pantofelek. Miała swój sposób na spokojne, ułożone życie w ramach tego co akceptowano w jej sferze. Edouard Manet zagustował w niej jako modelce. Pozowała mu wiele razy (zawsze była przy tym obecna przyzwoitka!). Kokieteryjnie pisała do siostry (już mężatki i matki), że widocznie „nie jest najgorszym” tematem dla jego obrazów. Podziwiała Edourda Manet choć nie zawsze artystycznie się z nim zgadzała. Znała jego wahania nastrojów, narowy…Dwa lata po portrecie z bukiecikiem fiołków, wyszła za mąż (bardzo późno, bo po trzydziestce), za jego brata, Edgara Manet. On też malował, ale całą swoją energię skierował na popieranie brata i żony. Był jej najbliższym przyjacielem, omawiał udział Berthe w wystawach. Stał obok niej, nie narzucał, nie dominował. Innymi słowy był bardzo nietypowym na owe (czy tylko?) czasy mężem. W cztery lata po ślubie w życiu Berthe pojawiła się miłość jej życia: córeczka Julie, która stała się motywem przewodnim malarstwa mamy.
Wszystkie kobiece portrety Berthe znaczy miękkość, delikatność, „charme féminin” w najlepszym tego słowa znaczeniu, wręcz zafascynowanie swoją płcią. Te panie domu, młode dziewczyny, służące, matki, siostry, siostrzenice nie kokietują, nie zerkają spod kapelusza jakby chciały na siebie zwrócić uwagę mężczyzny. Nie są trzpiotkami ani matronami. Są sobą. Może fakt, że malowała je kobieta dawał modelkom więcej przestrzeni dla unikania pozorów…
Berthe Morisot należała za życia do wąskiego grona uznanych impresjonistów. Później pamiętano o niej głównie jako o modelce wielkiego Edourda Manet i jego bratowej. Prawie sto lat upłynęło zanim w szczęśliwszych dla kobiet czasach jej płótna, akwarele, szkice, zawisły w wielkich muzeach obok dzieł jej przyjaciół: Degas, Manet, Monet, Pissarra, Sisleya, Renoira i zadziwiły delikatnością drobnej ręki kreślącej w niezwykły sposób bezpretensjonalne, codzienne tematy z życia domowego w XIX wieku…